Kiedy jesteś w stałym związku, z perspektywą na rozwój, tworzenie wspólnej przyszłości i rodziny, w pewnym momencie nachodzi Cię myśl, że nie możesz traktować siebie jako indywidualną, niczym nieograniczoną jednostkę. Wszystkie decyzje, które podejmujesz będąc w związku, są zaczątkiem efektu łańcuchowego: akcja – reakcja.
Jak miałam szesnaście
lat to wydawało mi się, że chcę zostać kobietą niezależną. Najlepiej pracować w
korporacji, odnosić sukcesy, być ponad podziały męski/żeński zawód, chodzić na
szpilkach i ubierać eleganckie sukienki. Chciałam być kobietą XXI wieku.
Dopiero później zrozumiałam, że chcę mieć również szczęśliwą rodzinę, której
będę w stanie dawać czułość i czas. Niewiele później dotarło do mnie, że te
dwie rzeczy nie idą ze sobą w parze. Zawsze istnieje koszt alternatywny, a więc
coś co musimy poświęcić wybierając tę, a nie inną ścieżkę życiową.
Mając dwadzieścia kilka lat postanowiłam, i jest to nadal
jeden z najważniejszych celów w moim życiu, że stanę się żoną idealną. Brzmi
śmiesznie? Pewnie dla wielu osób tak i trudno mi się temu nie dziwić. Gdybym
postawiła na szczycie hierarchii wartości pieniądze, sukces i luksusowy dom to
śmiałabym się z kobiety, która chce zostać kurą domową. Tak więc, postanowiłam,
że będę najwspanialszą kucharką, kochanką i przyjaciółką mojego męża.
Przez kilka lat moje cele zmieniły się o 180°. Dzisiaj,
kiedy moje wcześniejsze decyzje wydają owoce w postaci ślubu, nowego
mieszkania, stanowiska w pracy, ze spokojem mogę stwierdzić, że znalazłam się
pośrodku moich nastoletnich i studenckich wyobrażeń. Realizuję się w pracy
zawodowej, ale chcę stworzyć dom, do którego ja i mój mąż będziemy wracać
zawsze z radością.
Zrozumiałam też, że cokolwiek dzisiaj robię, to ma to
odzwierciedlenie w moim otoczeniu. Jeśli wstanę dziś lewą nogą, to pierwszą
osobą, która prawdopodobnie znajdzie się w polu rażenia, będzie mój narzeczony.
Jeśli idzie mi źle w pracy, to właśnie on przez godzinę będzie musiał
wysłuchiwać mojego marudzenia. Jeżeli przydarzyło mi się coś bardzo zabawnego i
wrócę do domu z głupawką, to albo go ją zarażę albo będę go irytować do granic
możliwości.
To tylko kilka prostych przykładów jak bardzo jesteśmy
związani z drugą osobą. Teraz kilka cięższych sytuacji. Od pewnego czasu mam
napiętą sytuację w pracy. Kiedy przychodzę do domu nie wyglądam jak najszczęśliwsza
osoba na świecie, nie tryskam energią i nie świergolę jak ptaszek. Często
jestem istnym wsysaczem energii z otoczenia. Do niedawna wydawało mi się, że to
nie problem, ale mój narzeczony w końcu powiedział DOŚĆ!
-Albo przestaniesz marudzić, narzekać i biadolić albo
zmienisz pracę – usłyszałam takie ultimatum.
Po długiej rozmowie zrozumiałam, że moje położenie, to też
jego położenie. On współodczuwa wszystko razem ze mną. Nie mogę odciąć go od
tego co się dzieje w moim życiu. Nie mogę powiedzieć „nie przejmuj się mną” i
liczyć, że wszystko będzie dobrze. W tym momencie on oczekuje ode mnie, żebym
coś zmieniła, co wiąże się też z pewną presją. W sytuacji gdy w pracy panuje
stresująca atmosfera, a w domu czeka na mnie mężczyzna, który liczy na to, że
będę miła i uśmiechnięta, czuję się jak przyparta do muru.
Tutaj pojawia się kolejny dylemat: jak sprostać oczekiwaniom
partnera? Mój narzeczony mówi mi: „nie lubisz swojej pracy to ją zmień i
zacznij zarabiać lepiej”. A ja nie chcę zmieniać pracy, bo uważam, że ciężki
okres to tylko okres przejściowy. Na to on: „po prostu boisz się podjąć
decyzję, wolisz zostać w miejscu które znasz, zamiast podjąć ryzyko”. A ja już
nie wiem czy kierować się rozumem czy instynktem i wyrywam sobie włosy z głowy,
żeby znaleźć w tym wszystkim jakiś kompromis.
Osoby, z którymi jesteśmy w związkach, najczęściej oczekują
od nas, że będziemy ambitni, że będziemy się rozwijać razem z nimi. Musimy
pamiętać o tym, że stojąc w miejscu, zatrzymujemy też tę drugą osobę. Obiektywnie
patrząc, trudno dziwić się mojemu ukochanemu, że próbuje zmusić mnie do jakieś
decyzji. Subiektywnie, nie podoba mi się to, że ktoś wywiera na mnie presję.
Nie wiem jakie będzie rozwiązanie mojej sytuacji, ale jednego jestem pewna: nie
mogę zostać zbyt długo na tym nędznym, przygnębiającym przystanku - nie tylko
dlatego, że nie służy to mnie, ale przede wszystkim dlatego, że nie jest to
dobre dla mojego związku. Poza tym życie jest za krótkie, żeby tracić je na
marudzenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz