Okres narzeczeństwa, czyli jak się powszechnie przyjęło: bezpośredni okres poprzedzający bezpowrotną utratę wolności, to czas, który często poświęca się na wszelkiego rodzaju podsumowania, przemyślenia na temat tego, co już się zrobiło albo czego się nie zrobiło i już się nie zrobi.
Myślałam dziś o tych wszystkich facetach, z którymi mogłabym
tańczyć do białego rana na parkiecie, o przypadkowych znajomościach przy barze,
o spacerach po Starym Mieście i „pierwszych” rozmowach. Kiedy decydujesz się na
małżeństwo to musisz liczyć się z tym, że większość tego typu spraw wykreślisz
z listy marzeń/ oczekiwań. Małżonek, który decyduje się na przypadkową
znajomość w barze, potencjalnie jest już sabotażystą swojego związku. Przykre?
Prawdziwe. Małżonkowie, zwłaszcza po wielu latach stałości i nieuniknionej
rutyny w takich sytuacjach jak wspomniane powyżej, stają się tykającą bombą
zegarową.
Oczywiste jest to, że incydentalne znajomość (których
większość z nas przeżyła tak wiele na studiach) dostarczają kompletnie innych
emocji niż stały związek. Myśląc o tamtych „przygodach”, które miały miejsce
kilka lat temu, czuję lekkie dreszcze biegnące po plecach i gęsią skórkę na
ramionach. Pamiętam doskonale podniecenie towarzyszące nowym znajomościom,
wyczekiwanie na to co dalej się wydarzy, zapierającą dech w piersiach adrenalinę.
Elektryzujące znajomości – znajomości „na chwilę”.
Można by wiele opowiedzieć historii o tamtych czasach. W
głowie przewija mi się wiele wspomnień, które przywołują uśmiech na moją twarz,
a czasem też zażenowanie.
Mogłabym powiedzieć, że żałuję, że ten czas jest już za mną,
bo łączył się z wieloma pozytywnymi emocjami, których teraz dobrowolnie się
wyrzekam. Jednak tego nie powiem. Znacie to powiedzenie, że na wszystko przychodzi
w życiu czas? Jest to jedna z bardziej trafnych sentencji. Był czas na
młodzieńcze szaleństwa i jest czas na stabilizację.
Brzmi nudno? Nic bardziej mylnego!
Moje myśli, od dawnych znajomości, powędrowały szybko do
mojego narzeczonego i jesteście w wielkim błędzie, jeśli pomyśleliście sobie,
że moja reakcja wyglądała tak: „mój stary zawsze na mnie czeka, resztę życia
spędzimy razem w czterech ścianach, oglądając razem seriale, nieustannie
oszczędzając pieniądze na coroczne wakacje i uprawiając seks jak przeciętni
Polacy”. Okres narzeczeństwa jest super i wierzę, że nasze młode małżeństwo też
będzie świetne. Pewne emocje wykreśliłam ze swojego słownika uczuć, ale
zastąpiłam je innymi – równie elektryzującymi, a może nawet bardziej. Za nic w
świecie nie zamieniłabym tego co teraz mam na chwile, które przeżywałam podczas
studenckich fascynacji. Drugiego człowieka można odkrywać wciąż na nowo – i to
mnie fascynuje w stałych związkach. Bezpieczeństwo i stabilność sprawiają, że
nie boisz się przekraczać kolejnych swoich granic i szukać nowych rozwiązań.
Długotrwały związek rodzi kreatywność. Mało tego, sprzyja otwartości fizycznej
i psychicznej, rozwija partnerów w wielu sferach, przełamuje ograniczenia. Z kim miałabym łamać tematy tabu jak nie z przyszłym
małżonkiem?
Związki nie są nudne, ale trzeba się otworzyć na doznania
jakie ze sobą niosą i zapomnieć o stereotypach. Moje przekonanie o niezaprzeczalnych zaletach
małżeństwa jest tak mocne, że ze spokojną głową i sercem mogę iść spać każdego
wieczoru z myślą o tym, że niczego nie żałuję i nie cofnęłabym się do innego
etapu swojego życia. Wszystko ma swój czas – nic dodać, nic ująć.

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTo dobrze że tak jest bo gdyby było inaczej małżeństwo nie miało by sensu.trzeba w to wierzyć i dbać o to żeby związek rozkwitał bez względu na jego staż :)
OdpowiedzUsuń