wtorek, 10 lutego 2015

Wszystko ma swój czas



Okres narzeczeństwa, czyli jak się powszechnie przyjęło: bezpośredni okres poprzedzający bezpowrotną utratę wolności, to czas, który często poświęca się na wszelkiego rodzaju podsumowania, przemyślenia na temat tego, co już się zrobiło albo czego się nie zrobiło i już się nie zrobi.


Myślałam dziś o tych wszystkich facetach, z którymi mogłabym tańczyć do białego rana na parkiecie, o przypadkowych znajomościach przy barze, o spacerach po Starym Mieście i „pierwszych” rozmowach. Kiedy decydujesz się na małżeństwo to musisz liczyć się z tym, że większość tego typu spraw wykreślisz z listy marzeń/ oczekiwań. Małżonek, który decyduje się na przypadkową znajomość w barze, potencjalnie jest już sabotażystą swojego związku. Przykre? Prawdziwe. Małżonkowie, zwłaszcza po wielu latach stałości i nieuniknionej rutyny w takich sytuacjach jak wspomniane powyżej, stają się tykającą bombą zegarową.
Oczywiste jest to, że incydentalne znajomość (których większość z nas przeżyła tak wiele na studiach) dostarczają kompletnie innych emocji niż stały związek. Myśląc o tamtych „przygodach”, które miały miejsce kilka lat temu, czuję lekkie dreszcze biegnące po plecach i gęsią skórkę na ramionach. Pamiętam doskonale podniecenie towarzyszące nowym znajomościom, wyczekiwanie na to co dalej się wydarzy, zapierającą dech w piersiach adrenalinę. Elektryzujące znajomości – znajomości „na chwilę”. 


Można by wiele opowiedzieć historii o tamtych czasach. W głowie przewija mi się wiele wspomnień, które przywołują uśmiech na moją twarz, a czasem też zażenowanie.
Mogłabym powiedzieć, że żałuję, że ten czas jest już za mną, bo łączył się z wieloma pozytywnymi emocjami, których teraz dobrowolnie się wyrzekam. Jednak tego nie powiem. Znacie to powiedzenie, że na wszystko przychodzi w życiu czas? Jest to jedna z bardziej trafnych sentencji. Był czas na młodzieńcze szaleństwa i jest czas na stabilizację.

Brzmi nudno? Nic bardziej mylnego!

Moje myśli, od dawnych znajomości, powędrowały szybko do mojego narzeczonego i jesteście w wielkim błędzie, jeśli pomyśleliście sobie, że moja reakcja wyglądała tak: „mój stary zawsze na mnie czeka, resztę życia spędzimy razem w czterech ścianach, oglądając razem seriale, nieustannie oszczędzając pieniądze na coroczne wakacje i uprawiając seks jak przeciętni Polacy”. Okres narzeczeństwa jest super i wierzę, że nasze młode małżeństwo też będzie świetne. Pewne emocje wykreśliłam ze swojego słownika uczuć, ale zastąpiłam je innymi – równie elektryzującymi, a może nawet bardziej. Za nic w świecie nie zamieniłabym tego co teraz mam na chwile, które przeżywałam podczas studenckich fascynacji. Drugiego człowieka można odkrywać wciąż na nowo – i to mnie fascynuje w stałych związkach. Bezpieczeństwo i stabilność sprawiają, że nie boisz się przekraczać kolejnych swoich granic i szukać nowych rozwiązań. Długotrwały związek rodzi kreatywność. Mało tego, sprzyja otwartości fizycznej i psychicznej, rozwija partnerów w wielu sferach, przełamuje ograniczenia.  Z kim miałabym łamać tematy tabu jak nie z przyszłym małżonkiem?

Związki nie są nudne, ale trzeba się otworzyć na doznania jakie ze sobą niosą i zapomnieć o stereotypach.  Moje przekonanie o niezaprzeczalnych zaletach małżeństwa jest tak mocne, że ze spokojną głową i sercem mogę iść spać każdego wieczoru z myślą o tym, że niczego nie żałuję i nie cofnęłabym się do innego etapu swojego życia. Wszystko ma swój czas – nic dodać, nic ująć.

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. To dobrze że tak jest bo gdyby było inaczej małżeństwo nie miało by sensu.trzeba w to wierzyć i dbać o to żeby związek rozkwitał bez względu na jego staż :)

    OdpowiedzUsuń