czwartek, 19 lutego 2015

Sztuka noszenia bielizny



Dwa lata temu kupiłam sobie gorset – taki z prawdziwego zdarzenia. Ma wszystkie niezbędne części kuszącego stroju: prześwitująca koronkę, kokardkę między miseczkami i podwiązki. Sam seks. Ten seks od tych dwóch lat leży zwinięty w mojej szafie i czeka na swoją specjalną okazję.

 

 Kiedyś sobie wymyśliłam, że nauczę się jakiegoś erotycznego tańca i zdejmując ponętnie jedną część swojej wierzchniej garderoby po drugiej, odsłonię to cudeńko przed świata-poza-mna-nie-widzącym-facetem. Raz nawet zrobiłam próbę generalną w swoim studenckim pokoju, jak współlokatorka wyszła na zajęcia. Wiłam się po stole, machałam pupą nad krzesłem i rzucałam dziko włosami. Skończyło się skurczem szyi i podartą pończochą. Zabawa była przednia, ale myślę, że nie nadawało się to do prezentacji przed żadną osobą, którą szanuję. Nie żeby był to taniec wulgarny – raczej niebezpieczny dla widza.

Miałam jeszcze kilka podejść do tego niesamowitego stroju Wonder Woman ale ostatecznie nasze drogi się rozeszły. Myślę, że przesądziły o tym moje zmagania któregoś dnia z rzędem haftek na moich plecach. Najgorsze jest to, że nie ma innego sposobu żeby zdjąć osaczający moje ciało gorset, jak tylko pokonanie całego ciągu zaczepek, którego rozpięcie w taki sposób żeby nie wyglądać jak porażona prądem jest dla mnie prawie niemożliwe.
Jako, że jednym z moich noworocznych postanowień jest podejmowanie nowych wyzwań i przełamywanie strachu to zdecydowałam, że w tym roku założę na siebie to cudeńko i zaprezentuję swoje wdzięki przed mym narzeczonym. Noc poślubna coraz bliżej i powinnam pomyśleć nad atrakcjami dla świeżego małżonka (chociaż szczerze zastanawia mnie jak mam pokazać się jako szalona napalona żonka po dniu wypełnionym  mieszanką stresu i radości i wzruszenia i sama-nie-wiem-czego bo jeszcze nigdy ślubu nie brałam).



Jedno wiem – nic tak na faceta nie działa jak seksowna bielizna, którą może własnoręcznie zdjąć z kobiety. Miesiąc temu pojechaliśmy ze znajomymi do Berlina na małe zwiedzanie i skoczyliśmy do Primarka czyli na tanie zakupy na jeden sezon. Mam już taki zwyczaj, że zawsze jak wpadam do tego sklepu to kupuję nowy komplet bielizny – wybór jest tam niesamowity od szalonych kolorowych panterek po skromne babcine barchany, a w dodatku chcą za nią grosze. Nie jest to może jakość i krój Victoria Secret, ale wierzcie mi: facet nie zauważy różnicy. Po powrocie z Niemiec urządziliśmy sobie w mieszkaniu pokaz mody – każdy z nas miał się zaprezentować w modowych nowościach. (Nie)stety, jak tylko ubrałam na siebie nowy komplecik, wszystkie inne stroje okazały się dla mojego mężczyzny mało istotne. Wniosek: robiąc sobie prezent mogę również uszczęśliwić moją drugą połówkę!

Drogie Kobietki – nie bójmy się takich modowych wyzwań. Perfekcyjna Pani Domu musi opanować sztukę noszenia seksownej bielizny. Pierś do przodu, obcasy na nogi i ręka na biodro – to są podstawy dobrej prezentacji. Liczę na to, że przy kolejnym moim spotkaniu z Panem Gorsetem bardziej się zaprzyjaźnimy, a rządek haftek pokonam na cztery ręce z moim ukochanym.



wtorek, 10 lutego 2015

Wszystko ma swój czas



Okres narzeczeństwa, czyli jak się powszechnie przyjęło: bezpośredni okres poprzedzający bezpowrotną utratę wolności, to czas, który często poświęca się na wszelkiego rodzaju podsumowania, przemyślenia na temat tego, co już się zrobiło albo czego się nie zrobiło i już się nie zrobi.


Myślałam dziś o tych wszystkich facetach, z którymi mogłabym tańczyć do białego rana na parkiecie, o przypadkowych znajomościach przy barze, o spacerach po Starym Mieście i „pierwszych” rozmowach. Kiedy decydujesz się na małżeństwo to musisz liczyć się z tym, że większość tego typu spraw wykreślisz z listy marzeń/ oczekiwań. Małżonek, który decyduje się na przypadkową znajomość w barze, potencjalnie jest już sabotażystą swojego związku. Przykre? Prawdziwe. Małżonkowie, zwłaszcza po wielu latach stałości i nieuniknionej rutyny w takich sytuacjach jak wspomniane powyżej, stają się tykającą bombą zegarową.
Oczywiste jest to, że incydentalne znajomość (których większość z nas przeżyła tak wiele na studiach) dostarczają kompletnie innych emocji niż stały związek. Myśląc o tamtych „przygodach”, które miały miejsce kilka lat temu, czuję lekkie dreszcze biegnące po plecach i gęsią skórkę na ramionach. Pamiętam doskonale podniecenie towarzyszące nowym znajomościom, wyczekiwanie na to co dalej się wydarzy, zapierającą dech w piersiach adrenalinę. Elektryzujące znajomości – znajomości „na chwilę”. 


Można by wiele opowiedzieć historii o tamtych czasach. W głowie przewija mi się wiele wspomnień, które przywołują uśmiech na moją twarz, a czasem też zażenowanie.
Mogłabym powiedzieć, że żałuję, że ten czas jest już za mną, bo łączył się z wieloma pozytywnymi emocjami, których teraz dobrowolnie się wyrzekam. Jednak tego nie powiem. Znacie to powiedzenie, że na wszystko przychodzi w życiu czas? Jest to jedna z bardziej trafnych sentencji. Był czas na młodzieńcze szaleństwa i jest czas na stabilizację.

Brzmi nudno? Nic bardziej mylnego!

Moje myśli, od dawnych znajomości, powędrowały szybko do mojego narzeczonego i jesteście w wielkim błędzie, jeśli pomyśleliście sobie, że moja reakcja wyglądała tak: „mój stary zawsze na mnie czeka, resztę życia spędzimy razem w czterech ścianach, oglądając razem seriale, nieustannie oszczędzając pieniądze na coroczne wakacje i uprawiając seks jak przeciętni Polacy”. Okres narzeczeństwa jest super i wierzę, że nasze młode małżeństwo też będzie świetne. Pewne emocje wykreśliłam ze swojego słownika uczuć, ale zastąpiłam je innymi – równie elektryzującymi, a może nawet bardziej. Za nic w świecie nie zamieniłabym tego co teraz mam na chwile, które przeżywałam podczas studenckich fascynacji. Drugiego człowieka można odkrywać wciąż na nowo – i to mnie fascynuje w stałych związkach. Bezpieczeństwo i stabilność sprawiają, że nie boisz się przekraczać kolejnych swoich granic i szukać nowych rozwiązań. Długotrwały związek rodzi kreatywność. Mało tego, sprzyja otwartości fizycznej i psychicznej, rozwija partnerów w wielu sferach, przełamuje ograniczenia.  Z kim miałabym łamać tematy tabu jak nie z przyszłym małżonkiem?

Związki nie są nudne, ale trzeba się otworzyć na doznania jakie ze sobą niosą i zapomnieć o stereotypach.  Moje przekonanie o niezaprzeczalnych zaletach małżeństwa jest tak mocne, że ze spokojną głową i sercem mogę iść spać każdego wieczoru z myślą o tym, że niczego nie żałuję i nie cofnęłabym się do innego etapu swojego życia. Wszystko ma swój czas – nic dodać, nic ująć.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Wszystkiemu winny bobas – czyli czym się różni baby shower od pępkowego



Podobno Polacy zawsze znajdą powód do świętowania. W tym wypadku był to nie byle jaki powód, bo narodziny mojego bratanka – pierworodny syn mojego starszego rodzeństwa. A skoro syn, to tym bardziej powód do świętowania. 

 

Pierwsze zdanie mojego narzeczonego po przyswojeniu informacji o narodzinach, było:
-Trzeba to opić! Dzwonię po chłopaków!

I tak oto się stało. Sześciu facetów, każdy z flachą pod pachą, zebrali się w jednym, opuszczonym przez kobietę mieszkaniu i  dali upust swojej radości.
Ciężko mi nawet stwierdzić co się działo na tej imprezie, bo chyba sami uczestnicy nie są tego w stu procentach pewni. Krótka relacja z wydarzenia brzmiała: „siedzieliśmy, gadaliśmy, chlaliśmy”. Vini, vidi, vici. Naprawdę. Oni są święcie przekonani, że tego wieczoru wygrali życie. Nie szkodzi, że następnego dnia znaleźli się na samym dnie.

 A jak kobiety świętują narodziny dziecka?

Oczywiście wszystko jest ważne – obrusiki, firaneczki, baloniki, serpentynki, serweteczki i inne
„–czki” – ważne tylko, żeby wszystko było w cukierkowych kolorkach i sprawiało, że goście będą mówili tymi dziwnymi głosikami, którymi zawsze mówi się do małych dzieci lub do zwierzaków. Oczywiście impreza taka odbywa się tylko po to, żeby wysłuchać pochwał na temat swojego wielkiego ciążowego brzucha lub na temat różowego dzidziusia leżącego w pastelowej kołysce (w zależności czy impreza ma miejsce przed, czy po porodzie). Generalnie jest słodko, kolorowo i wszyscy są bardzo grzeczni i mili. I są prezenty.



Jakie są tego wszystkiego wnioski?

My kobiety nie potrafimy się bawić.
Oczywiście nie uważam, że jest to nasza wina. Sama jestem zła do losu o to, ze obdarzył mnie charakterem tak na wskroś kobiecym, że powielam wszystkie schematy napisane we wszystkich poradnikach psychologicznych tego świata. Nie potrafię na przykład tak się schlać, żeby zapomnieć o tym, że ktoś może mnie taką zobaczyć i coś brzydkiego sobie o mnie pomyśleć albo że mogłabym sobie zrobić krzywdę wracając do mieszkania w nietrzeźwym stanie, potknąć się i rozwalić sobie twarz, którą przecież codziennie tak starannie pielęgnuję. Nie mówiąc już o konsekwencjach zdrowotnych, typu wpływ picia na wątrobę, metabolizm i zmiany skórne. Tak wiele obaw mam w swojej głowie kiedy ktoś podaje mi kieliszek, że kaca dostaję jeszcze przed jego wypiciem.


Wnioski które wyciągnęłam po ostatniej sobocie przypieczętowującej narodziny nowego członka mojej rodziny:

  • kiedy dziecko (zwłaszcza syn) się rodzi to w mężczyznach budzi się instynkt neandertalczyka

  • kiedy dziecko się rodzi to większość kobiet staje się zupełnie bezbronna wobec obezwładniającego uczucie zwanego potocznie instynktem macierzyńskim

  • dla facetów czasem najważniejszą rzeczą na świecie jest to, żeby podzielić się ze swoimi kumplami radością – tak zwyczajnie, po męsku, bez zahamowań… i to jest świetne

  • kobiety w tym czasie siedzą w domu i się martwią
  • ktoś na tym świecie przecież musi być odpowiedzialny.