środa, 21 stycznia 2015

Tik tak – czyli wpis z cyklu „biją dzwony”



Każda nastolatka ma chyba w swoim życiu taki etap, kiedy dniami i nocami, we śnie i na jawie wyobraża sobie ten Wspaniały Dzień: przepiękną białą suknię, płatki róż u stóp i marsz Mendelsona towarzyszący otwarciu ciężki wrót kościoła, które stają się w oczach pary młodej niczym drzwi do Narnii albo budka telefoniczna w Matrixie. Beztroskie wypisywanie swojego imienia obok nazwiska ukochanego chłopca, przeglądanie magazynów ślubnych w kioskach, szukanie idealnej piosenki na „pierwszy taniec” – to były czasy… 

 

Oczywiście przygotowania ślubne mają w sobie wiele uroku,  ale w rzeczywistości nie mają nic z tej beztroski, która towarzyszyła tym młodocianym wizjom. Beztroska kończy się tuż po tym, jak przyszła panna młoda odpowiada „tak” na pytanie „czy zostaniesz moją żoną?”. Pierwsze schody zaczynają się gdy dzielisz się informacją o zaręczynach. Najpierw oczywiście wszyscy się cieszą, gratulują, czasem nawet uronią łzę szczęścia, a później zaczyna się: „Dlaczego ona już wie o waszych zaręczynach a ja dopiero teraz się o tym dowiaduję?”, „Czemu tak późno zadzwoniliście z tą informacją”?,  „Jesteś w ciąży?”.
Tak, tak. Przyszła para młoda musi być gotowa na wszystko. Zwłaszcza na początku gdy gorączka zaręczyn jeszcze nie opadła. Wasze mamy chcą ustalić wszystkie szczegóły w ciągu tygodnia od zaręczyn, ustalają listę gości, na którą dopisuje się prawie dwa razy tylu ludzi, chcących się po prostu wprosić, bo lubią wesela. Oprócz tego wszyscy znajomi pytają wam się o wszelkiego rodzaju ustalenia, o których nie mieliście pojęcia, że trzeba  w ogóle zrobić - jakbyście nic innego w życiu nie robili, tylko zastanawiali się czy stoły na sali weselnej będą podłużne czy okrągłe, a serwetki będą ułożone przy talerzach płasko czy raczej umodelowane w dekoracyjne łabądki przy kieliszkach.
Jedynym aspektem tego całego rozgardiaszu, który ratuje Cię wtedy przed szaleństwem jest to, że nie jesteś w tym sama/sam. Tak, będziecie znów sobie patrzeć w oczy jak bohaterowie „Zakochanego kundla”. Tak, nie będziecie mogli przestać się uśmiechać. I tak, będziecie chcieli wykrzyczeć to szczęście całemu światu. Wiem jakim banałem będzie to co napiszę, ale naprawdę lekiem na całe zło jest miłość. Tego się trzymajmy. 


Oto kilka rad, które pomogą przetrwać Wam pierwsze tygodnie po zaręczynach:

- najpierw poinformujcie rodziców o dobrej nowinie – jeśli powiedzieliście już komuś wcześniej, to i tak mówcie rodzicom, że byli pierwsi na liście;
- nie mówcie wszystkim w koło, że nie może ich zabraknąć na waszym weselu i że i już wpisaliście ich na listę gości – wierzcie mi, wersji tej listy zrobicie jeszcze przynajmniej 8, wykreślając i wpisując na nowo rodzinę i przyjaciół;
- zaręczyny świętujcie we dwoje – chcecie tego czy nie, ale zaręczyny są dla Was a wesele dla gości;
- nie dajcie się zwariować – to, że każdy pyta Was o jakieś pierdoły związane z wystrojem sali, doborem muzyki weselnej i rodzaju podwiązki, nie oznacza, że musicie o wszystkim zadecydować w tej chwili; zacznijcie planować wszystko dopiero jak opadnie emocjonalna gorączka;
- skonfrontujcie swoje marzenia/ wyobrażenia na temat tego wielkiego dnia – może się okazać, że pewne wizje są ze sobą sprzeczne, ale to jest właśnie moment kiedy możecie się przed sobą otworzyć; to co, że on chce zajechać pod kościół najnowszym modelem Porsche a Ty byś wolała powozem z woźnicą; to co, że ona chce mieć druhny a dla Ciebie to totalny obciach – macie czas na kompromisy, z czasem pewne decyzje okażą się oczywiste.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz