niedziela, 25 stycznia 2015

This is war! – czyli walka o suwerenność w związku



Za pół roku będę już mężatką (MAŁŻONKĄ?!). Cały czas zastanawia mnie to, na ile zmieni się moje życie po naszym ślubie. Czy to właśnie wtedy przewiążę swoją talię kwiecistym fartuchem, do ręki chwycę niczym berło wałek do ciasta i zostanę kurą domową? Jak ślub wpłynie na mój indywidualizm, bo przecież zamiast „ja” będzie już zawsze „my”?


Suwerenność w związku to dla mnie niebywale ciekawy temat. Cały czas poszerzam w tym obszarze swoją wiedzę i wciąż potrafię być zaskoczona pewnymi rozwiązaniami. Znam kobiety, które dosłownie wieszają się na szyi swojego partnera i twierdzą, że im tak dobrze, więc niczym pasożyt nie opuszczają go ani na sekundę. Są też mężczyźni, którzy lubią „trzymać rękę na pulsie”, więc sprawdzają billingi, dają wytyczne co do długości spódniczki i głębokości dekoltu i prowadzą kalendarz spotkań swojej żony. Zaborczość ma wiele postaci, ale schemat jest jeden: partner leczy swoje lęki i obawy poprzez związek, który z miłością nie ma nic wspólnego, a więcej z władzą, stawia się na pierwszym miejscu i przywiązuje do swojej ofiary (bo inaczej nic można nazwać osoby, która będąc nieświadoma konsekwencji daje się wplątać w tę pajęczą sieć) smycz długości gumy od majtek.

Oczywiście, nigdy nie jest tak, że tylko jedna strona jest winna – jak to się mówi: kij ma dwa końce. O ile na początku związku można wyćwiczyć pewne zachowania, skonfrontować pewne związkowe teorie i naprostować niefortunne odruchy , tak po pewnym czasie, gdy umysł wybranka/wybranki zamknie się na sugestie niczym wrota do krainy szczęśliwości, to już nie ma bata – możecie walić rękoma i nogami, a straże ograniczeń i schematów was już tam nie wpuszczą. Nie można być miętkim – trza być twardym i walczyć o swoje! W związku jak na wojnie – jeśli będziesz siedzieć cicho jak mysz pod miotłą, udawać, że wszystko Ci pasuje to obudzisz się z myślą, że tak przecież być nie może, a będziesz już pod władzą okupanta, bez praw, za to z masą obowiązków.
Jak walczyć o suwerenność? Słowem! Nie jedna polonistka i nie jedna matka pochwali mnie pewnie za te słowa. Słowa mają wielką moc. Dzięki nim możemy przekazać w prosty sposób drugiej osobie czego nam potrzeba, co sprawia, że sytuacja w której się znajdujemy staje się dla nas mało komfortowa, możemy nimi również nakreślić przed kimś naszą wizję przyszłości. Proste – prawda? A jednak okazuje się, że nie do końca. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Jak tylko poznałam się ze swoim teraźniejszym narzeczonym, od razu nakreśliliśmy pewne granice. Nadrzędną zasadą, która była dla nas przez kolejne lata niczym Mojżesz prowadzący lud wybrany przez Morze Czerwone, była obietnica, że obojętnie co się będzie działo to będziemy ze sobą rozmawiać i wyjaśniać wszystkie podejrzane niuanse. Zasada jest niebywale prosta, dopóki do głowy nie wpadnie myśl typu:
„zaraz problem i tak sam minie więc po co poruszać temat”

albo

„wiem, że źle zrobiłem, ale ona o tym wiedzieć nie musi”;

„niech się trochę pomęczy a potem mu powiem”;

„czasem lepiej przemilczeć pewne kwestie”;

„powinien się domyślić!” itd.

Wszystkie wyżej wymienione przykłady to dowód na to, że knucie leży w ludzkiej naturze. Wydaje nam się, że jesteśmy cwani jak lisy, a tak naprawdę sabotujemy własne związki. W ten sposób zaczynamy stawiać między sobą bariery, mury, powstają między nami konflikty i rodzą się obawy. Nie jedna kłótnia z moim lubym rodziła się z zalążka jakim było ów knucie. Musiało minąć trochę czasu zanim zrozumiałam do czego to prowadzi i wyciągnęłam odpowiednie wnioski, o czym nie omieszkałam poinformować swego ukochanego. Oto konkluzje:

Lekarstwem oczywiście znów są… SŁOWA. Dopóki człowiek się nie zapętli we własnym knuciu to wszystkie relacje nadal da się uzdrowić szczerą otwartą rozmową.

Trzeba pamiętać o tym, że raz postawione granice nie są nienaruszalne. Oczywiście – dobrze jest jeśli je respektujemy, ale związek to twór który nieustannie ewoluuje i na potrzeby sytuacji, jeśli zaangażowane osoby wyrażają zgodę i chęci, to można te granice przesunąć i omówić na nowo ich funkcjonowanie – to właśnie jest istota prawidłowej komunikacji w związku. Paradoksem jest to, że suwerenność w związku można utrzymać tylko dzięki sprawnej współpracy z drugą osobą i odrobiny empatii. Tyle ile jest związków na Ziemi, tyle jest rozwiązań w tym temacie. Indywidualne rozwiązania są złotym środkiem. Jeśli jesteś facetem, który lubi się spotkać z kumplami, żeby obejrzeć mecz ulubionej drużyny i nie chcesz zabierać swojej żony ze sobą to po prostu powiedz jej o tym. Jak? Najlepiej normalnie, tzn. bez nastawiania się na krzyki i sprzeciwy, spokojnie wyjaśnij jej, że potrzebujesz tego czasu w męskim gronie i w żaden sposób nie rzutuje to na wasz związek. Jeśli jest racjonalnie myślącą osobą to nie wyrzuci Cię za to z mieszkania. Bądź jednak tak dobry  i  jak Twoja żona będzie chciała spędzić czas oglądając serial, który Twoim zdaniem jest głupawy to nie komentuj tego zgryźliwymi ironicznymi tekstami, tylko uszanuj jej czas sam-na-sam i nie przeszkadzaj jej w tej czynności. Od takich małych rzeczy zaczyna się budowanie suwerenności w związkach. Gwarantuję Wam, że jeżeli zaczniecie dogadywać się na płaszczyźnie tych codziennych drobiazgów, to z czasem i te duże problemy, przy odrobinie chęci i wyrozumiałości, będą dla Was do pokonania.   

środa, 21 stycznia 2015

Tik tak – czyli wpis z cyklu „biją dzwony”



Każda nastolatka ma chyba w swoim życiu taki etap, kiedy dniami i nocami, we śnie i na jawie wyobraża sobie ten Wspaniały Dzień: przepiękną białą suknię, płatki róż u stóp i marsz Mendelsona towarzyszący otwarciu ciężki wrót kościoła, które stają się w oczach pary młodej niczym drzwi do Narnii albo budka telefoniczna w Matrixie. Beztroskie wypisywanie swojego imienia obok nazwiska ukochanego chłopca, przeglądanie magazynów ślubnych w kioskach, szukanie idealnej piosenki na „pierwszy taniec” – to były czasy… 

 

Oczywiście przygotowania ślubne mają w sobie wiele uroku,  ale w rzeczywistości nie mają nic z tej beztroski, która towarzyszyła tym młodocianym wizjom. Beztroska kończy się tuż po tym, jak przyszła panna młoda odpowiada „tak” na pytanie „czy zostaniesz moją żoną?”. Pierwsze schody zaczynają się gdy dzielisz się informacją o zaręczynach. Najpierw oczywiście wszyscy się cieszą, gratulują, czasem nawet uronią łzę szczęścia, a później zaczyna się: „Dlaczego ona już wie o waszych zaręczynach a ja dopiero teraz się o tym dowiaduję?”, „Czemu tak późno zadzwoniliście z tą informacją”?,  „Jesteś w ciąży?”.
Tak, tak. Przyszła para młoda musi być gotowa na wszystko. Zwłaszcza na początku gdy gorączka zaręczyn jeszcze nie opadła. Wasze mamy chcą ustalić wszystkie szczegóły w ciągu tygodnia od zaręczyn, ustalają listę gości, na którą dopisuje się prawie dwa razy tylu ludzi, chcących się po prostu wprosić, bo lubią wesela. Oprócz tego wszyscy znajomi pytają wam się o wszelkiego rodzaju ustalenia, o których nie mieliście pojęcia, że trzeba  w ogóle zrobić - jakbyście nic innego w życiu nie robili, tylko zastanawiali się czy stoły na sali weselnej będą podłużne czy okrągłe, a serwetki będą ułożone przy talerzach płasko czy raczej umodelowane w dekoracyjne łabądki przy kieliszkach.
Jedynym aspektem tego całego rozgardiaszu, który ratuje Cię wtedy przed szaleństwem jest to, że nie jesteś w tym sama/sam. Tak, będziecie znów sobie patrzeć w oczy jak bohaterowie „Zakochanego kundla”. Tak, nie będziecie mogli przestać się uśmiechać. I tak, będziecie chcieli wykrzyczeć to szczęście całemu światu. Wiem jakim banałem będzie to co napiszę, ale naprawdę lekiem na całe zło jest miłość. Tego się trzymajmy. 


Oto kilka rad, które pomogą przetrwać Wam pierwsze tygodnie po zaręczynach:

- najpierw poinformujcie rodziców o dobrej nowinie – jeśli powiedzieliście już komuś wcześniej, to i tak mówcie rodzicom, że byli pierwsi na liście;
- nie mówcie wszystkim w koło, że nie może ich zabraknąć na waszym weselu i że i już wpisaliście ich na listę gości – wierzcie mi, wersji tej listy zrobicie jeszcze przynajmniej 8, wykreślając i wpisując na nowo rodzinę i przyjaciół;
- zaręczyny świętujcie we dwoje – chcecie tego czy nie, ale zaręczyny są dla Was a wesele dla gości;
- nie dajcie się zwariować – to, że każdy pyta Was o jakieś pierdoły związane z wystrojem sali, doborem muzyki weselnej i rodzaju podwiązki, nie oznacza, że musicie o wszystkim zadecydować w tej chwili; zacznijcie planować wszystko dopiero jak opadnie emocjonalna gorączka;
- skonfrontujcie swoje marzenia/ wyobrażenia na temat tego wielkiego dnia – może się okazać, że pewne wizje są ze sobą sprzeczne, ale to jest właśnie moment kiedy możecie się przed sobą otworzyć; to co, że on chce zajechać pod kościół najnowszym modelem Porsche a Ty byś wolała powozem z woźnicą; to co, że ona chce mieć druhny a dla Ciebie to totalny obciach – macie czas na kompromisy, z czasem pewne decyzje okażą się oczywiste.



wtorek, 20 stycznia 2015

Myślicielka wita Was!



Pierwszy wpis na blogu jest zawsze trudny, bo zawsze ociera się o banały. Wolałabym zacząć od drugiego, albo trzeciego wpisu, wyparować z jakimś luźnym tematem, bez zbędnych wyjaśnień skąd się wzięłam i po co, ale czuję, że to nieładnie tak bez pardonu zaczynać nasze spotkanie od środka.


Odczuwam pewnego rodzaju tremę, jak przed publicznym wystąpieniem. Może powinnam jak na spotkaniu anonimowych alkoholików skłonić lekko głowę i powiedzieć ciche, nieśmiałe „Witam, jestem tu nowa. Nazywam się Myślicielka”? To chyba też już ociera się o banał…

Pierwszy wpis na blogu wymaga spełnienia kilku obowiązków – przynajmniej w moim odczuciu. Żeby nie przynudzać: poniżej umieszczam powody, które skłoniły mnie do zaistnienia w blogosferze. Myślę, że to dobry sposób, żeby przemycić parę informacji o mnie, a przy okazji będę miała ściągę pod ręką, jakbym zapomniała czasem po co tu jestem.

Dlaczego założyłam bloga?


1)  Bo mimo, iż jeszcze do niedawna myślałam, że mam dwie lewe ręce do gotowania, to udało mi się ulepić pyszne (w obiektywnej opinii moich bliskich wigilijnych współbiesiadników) uszka  z kapustą i grzybami i uważam, że jest to powód którym warto się pochwalić na forum;

2) Bo chcę się podzielić swoimi doświadczeniami dotyczącymi mojej drogi do ślubnego kobierca – drogi, która tylko pozornie miała być usłana różami. Chętnie doradzę innym parom, które dzielą ze mną to (nie)szczęsne położenie jak uniknąć niepotrzebnych rękoczynów z teściową/ przyszłym mężem/ osobami postronnymi;

3)  Bo odczuwam potrzebę emocjonalnego ekshibicjonizmu;

4) Bo jak mnie życie wkurza to lubię je zagadać (werbalnie lub na piśmie);

5)  Bo inni mają bloga – ja też chcę.